Księga dżungli to zbiór siedmiu opowiadań autorstwa Rudyarda Kiplinga. Trzy części książki koncentrują się na historii Mauliego (w niektórych wersjach Mowgliego), chłopca dorastającego w dżungli.
Bracia małego Mauliego
Pewnego upalnego wieczoru, około siódmej na płaskowyżu Seoni obudził się ojciec wilk, wielki wódz wilków. Matka wilczyca leżała przy czterech wilczkach, które ruszały się niespokojnie, piszcząc. Ojciec właśnie chciał wyruszyć na polowanie, kiedy do jaskini wszedł szakal zwany Tabaki pieczeniarz. Inne zwierzęta uważały go za złośnika i intryganta, który prowadzi wygodne życie na cudzy koszt, a na dodatek niekiedy popada w szaleństwo. Szakal najpierw pochwalił młode wilczki, a później poinformował wilka, że wielki tygrys Shere Khan, przenosi się znad rzeki Wainganga w te okolice i od najbliższego nowiu będzie tu polował. Oburzony wilk-ojciec stwierdził, że tygrysowi nie wolno tego uczynić, bo prawa dżungli zabraniają nachodzenia cudzych obszarów łowieckich bez zawiadomienia i pozwolenia właścicieli. Do rozmowy wtrąciła się wilczyca mówiąc, że jej matka nazywała go kuternogą, bowiem od małego utyka na jedną łapę i dlatego poluje tylko na bydło domowe. Wilczyca boi się, że rozwścieczeni farmerzy, by go wypłoszyć z dżungli, w której ma zamiar się ukryć, podpalą trawę i wówczas oni i ich dzieci będą musieli się również wynieść.
W oddali usłyszeć można było warczenie rozdrażnionego tygrysa, któremu umknęła zwierzyna. Wilczyca stwierdziła, że tygrys tym razem będzie polował na człowieka. Prawo dżungli tego jednak zabraniało, a jedynym wyjątkiem było pokazanie dzieciom, jak należy walczyć z ludźmi, a wówczas polowanie takie musi odbywać się z dala od rodzimego lasu, ponieważ taki czyn ściągał dżungli białych kłusowników, siedzących na słoniach i wyposażonych w hałaśliwe gongi i inne straszne przedmioty. Pomruk tygrysa rósł coraz bardziej, aż przemienił się w okrzyk bojowy – najwidoczniej zwierz rzucił się na ofiarę. Nagle wilk usłyszał w krzakach jakiś szmer. Wyłonił się z nich mały, brunatny, nagi chłopiec, który wspierał się na kiju, bo dopiero niedawno nauczył się chodzić. Dziecko podeszło do wilka z podniesioną głową i zaśmiało się. Matka-wilczyca stwierdziła, że nie widziała nigdy takiego człowieka i kazała ojcu przynieść go do jamy. Położyła dziecko wśród własnych młodych wilków, a ono od razu zaczęło ssać pierś. Wilk-ojciec stwierdził, że choć maluch był słaby, spoglądał na zwierzę bez strachu. Nagle wilki dostrzegły wielki łeb Shere Khana przy wejściu do jamy. Tygrys uważał chłopca za swój łup, który mu uciekł. Na dodatek tygrys był wściekły, bo skoczył do ogniska drwali i poparzył sobie łapy. Na dodatek otwór do jamy był mały i tygrys utknął w nim głową i karkiem. Ojciec wilk stwierdził, że wilki to wolne stworzenia i słuchają tylko własnego rodu, a mały człowiek jest ich łupem i zrobią z nim, co im się podoba. Tygrys zaczął krzyczeć, żeby wilk oddał natychmiast to, co jego, ale na to wilczyca, zwana raksha, czyli szatan oznajmiła, że mały człowiek należy odtąd do wilczego stada i że będzie polował razem z nim. Ojciec-wilk popatrzył na żonę ze zdumieniem i wspomniał czasy, kiedy zdobył ją w uczciwej walce z pięcioma rywalami. Shere Khan poprzysiągł, że prędzej czy później złapie malca i odszedł. Wilczyca potwierdziła mężowi, że chce zatrzymać malucha, nazywając go Mauli, żabka i stwierdzając, że kiedy chłopiec podrośnie, zapoluje na tygrysa. Ojciec wilk stwierdził, że zobaczą, co powie rada. Według praw dżungli bowiem każdy wilk biorąc żonę żyje osobno w jamie, ale kiedy jego wilczęta podrosną, powinien je przynieść na odbywające się co miesiąc zgromadzenie rady. Ma to na celu nadanie praw rodu. Po oględzinach wilczki udają się do rodziców, żyją z nimi i wzrastają, a dopóki nie upolują pierwszej sarny, żadnemu wilkowi nie wolno ich zaczepiać ani ranić.
Tymczasem wilczki podrosły, a kiedy zaczęły chodzić, według zwyczaju, rodzice zaprowadzili je wraz z Maulim na Skałę Rady. Na płaskim bloku skalnym leżał przywódca, a wokół niego siedział około czterdziestu wilków. Samotnik Akela, naczelnik rodu, obserwował wszystkie wilki oraz człowieka. Chłopiec tarzał się ze śmiechu i zbierał krzemienie. Wtem pojawił się Shere Khan domagając się zwrócenia małego człowieka. Prawo dżungli mówiło, że do przyjęcia szczenięcia do stada były potrzebne dwa głosy „za”. Mauli-żabka otrzymał je od brunatnego niedźwiedzia Balu, który wykładał młodym prawo dżungli i był jedynym obcym wpuszczonym do rodu, a także od Bagery, czarnej pantery. Co prawda stwierdziła, że nie przystoi jej zabierać głosu, ale jeśli idzie o spór dotyczący malucha jakiejkolwiek grupy, to wolno o jego losie decydować za pomocą okupu. Zauważa również, że jest nikczemnością mordować nagie, bezbronne szczenię. Zatem ona głosuje za pomocą okupu za Maulim, dodając do jego głosu tłustego bawołu, którego przed chwilą zadusiła.
Tak oto Mauli został przyjęty do rodu wilków seoneńskich, okupiony bawołem oraz wstawiennictwem mądrego Balu. Chłopiec wychowywał się razem z wilkami, które wyrosły na stare wilki, kiedy tymczasem on był wciąż małym chłopcem. Ojciec wilk nauczył go polowania na wszystkie zwierzęta, poza bawołami, których nie mógł tknąć, jako że z bawołu złożono za niego ofiarę oraz tłumaczył mu zjawiska w dżungli. Kiedy się nie uczył, wygrzewał się na słońcu i spał. Miał też swoje miejsce na Skale Rady podczas zebrań wilków. Niekiedy robił im przysługi, wyciągając z kudłów ciernie, których kłujące kolce bardzo dokuczają zwierzętom. Matka powtarzała mu, żeby nie ufał Share Knanowi, który jest jego wrogiem, jednak z czasem chłopiec o tym zapomniał. Tymczasem Akela robił się coraz starszy, zaś Shere Khan nastawiał młode wilki przeciwko Mauliemu, karmiąc je resztkami upolowanej zwierzyny i wychwalając ich piękność. Bagera ostrzegła chłopca przed młodymi wilkami, szakalem, a przede wszystkim — przed Shere Khanem mówiąc, że Akela jest już stary i niebawem przestanie być naczelnikiem stada, a młode wilki uważają, że nie ma miejsca wśród ich rodu dla człowieka. Wspomniała również o swojej historii, pokazując ślad po obroży, urodziła się bowiem pośród ludzi, a jej matka zmarła w królewskim zwierzyńcu w Udajpurze. Za młodu nie wiedziała nawet, co znaczy dżungla, chowała się w wielkiej okratowanej kratce, jednak pewnej nocy poczuła, że nie jest zabawką tylko czarną panterą i rozerwała zabezpieczenia, po czym uciekła, a dzięki temu, że poznała świat ludzi, stała się w dżungli potężniejsza od Shere Khana. Stwierdziła jednak, że tak jak ona musiała wrócić do dżungli, tak Mauli musi wrócić do swoich. Radziła mu, by udał się do ludzi po „szkarłatne kwiecie”, które hodują, czyli po ogień, który stanie się dla niego lepszą ochroną niż ona i życzliwi chłopcu mieszkańcy dżungli. Mauli stwierdził, że dobrze zna to szkarłatne kwiecie, które rośnie we wnętrzu chat, albo na placu wioskowym, gdy się ściemni. Według Bagery kwiecie rośnie w małym glinianym garnuszku, który chłopiec powinien zabrać.
Idąc, chłopiec usłyszał wilki szydzące z tego, że Akela chybił w skoku na jelenia, a zwierzę przewróciło go na ziemię kopytami. Świadczyło to, o tym, że się zestarzał. Według prawa dżungli musiał stracić nie tylko stanowisko, ale niebawem i życie. Tymczasem Mauli udał się do osady ludzi. Zobaczył, jak człowiecze dziecko bierze koszyk z wikliny wylepiony wewnątrz gliną i nakłada do środka węgli. Stwierdził, że musi być to prosta sprawa, skoro dziecko radzi sobie z tym łatwo. Wyskoczył zza chaty i wyrwał dziecku koszyk, po czym zniknął we mgle, zaś mały pastuszek zaczął wrzeszczeć. Mauli stwierdził, że ludzie są zupełnie podobni do niego. W drodze powrotnej spotkał Bagerę, która ostrzegła go, że Akela byłby nie przeżył nocy, gdyby nie fakt, że wilki postanowiły pozbyć się przy tym Mauliego i szukały go po całej dżungli.
Odbyło się zebranie na Skale Rady. Akela ustąpił ze stanowiska. Shere Khan domagał się zabicia chłopca, z kolei wilki chciały go wypędzić. Akela przypomniał, że Mauli to pełnoprawny członek wilczego stada. Share Khan stwierdził, że kiedyś przyrzekł zemstę chłopcu i zamierza tego dokonać. Poza tym, wypędzony chłopak może podburzyć mieszkańców wsi przeciwko wilkom. Nagle na skałę wstąpił sam Mauli, trzymając koszyk z żarem. Stwierdził, że ciągle wypominano mu, że jest człowiekiem, mimo iż on chciał całe życie zostać wilkiem wśród wilków. Zatem od tej pory nie będzie nazywał ich braćmi, a na dodatek przyniósł szkarłatne kwiecie, którego się boją. Chłopiec rzucił koszyk na ziemię, a od żaru zajęła się trawa i mech. Na widok płomieni zgromadzenie zaczęło umykać na wszystkie strony, a dodatkowo Mauli zapalił od ogniska suchą gałąź i wywijał nią ponad głowami drżących ze strachu wilków. Bagera powiedziała, że teraz jest władcą i może ocalić Akelę od śmierci. Chłopiec stwierdził, że wraca do ludzi i że odtąd dżungla będzie przed nim zamknięta, że zapomni wilczy język i to, że kiedyś ich znał. Ale będzie od wilków bardziej wspaniałomyślny i nie zdradzi ich tak, jak oni zdradzili jego. Obił jednak Sherę Khana gałęzią i kazał mu zapamiętać, że kiedy następnym razem zjawi się na Skale Rady, będzie miał na barkach jego skórę. Następnie dodał, zwracając się do wilków, że Akela ma żyć i nie mogą go dotykać.
Później, płacząc żalił się panterze, że nie wie, co się dzieje. Ta jednak uspokoiła go, że łzy się zdarzają ludziom, a on przestał być już szczenięciem i stał się człowiekiem. Chłopiec pożegnał się jeszcze ze swoimi wilczymi rodzicami, a matka stwierdziła, by przychodził czasami do stóp pierwszego wzgórza, wówczas pogawędzą. Dodała też, że przy rozstaniu może mu powiedzieć, iż kochała go mocniej od swoich dzieci.
Chłopiec ruszył w stronę osady ludzi.
Łowy węża Kaa
Historia ta wydarzyła się na długo przed tym, zanim Mauli opuścił dżunglę i skarcił tygrysa. Chłopiec pobierał wówczas nauki u niedźwiedzia Balu, który nauczał praw dżungli, a zaciekawiona tą nauką pantera Bagera obserwowała go. Młody człowiek uczył się wszystkiego, np. przepisów wodnych i leśnych, a także próśb o pomoc w języku wielu zwierząt, podczas gdy wilkom wystarczyła podstawowa wiedza. Nie chciały zwykle zapoznawać się z tym, co wykraczało poza ich ród. Po pewnym czasie chłopiec miał jednak dość nauki. Zaczął lekceważyć Balu, mówiąc, że przyszedł do Bagery. Mauli chwalił się przed panterą znajomością języka wielu zwierząt. Nawiązał też znajomość z bandar-logami, z ludem małp. Chłopiec cieszył się, że małpy jako jedyne współczuły mu, gdy niedźwiedź walił go po głowie za złe odpowiedzi. Bagera i Balu przestrzegali go jednak przed tymi zwierzętami, które żyły nie przestrzegając żadnych praw i kłamiąc. Były złe, bezczelne i głupie, a ich mowa składa się z podsłuchanych i skradzionych innym gatunkom wyrazów. Okazało się, że przyjaciele chłopca mieli rację. Małpy porwały bowiem Mauliego, kiedy spał, chwytając chłopca pod ręce i wraz z nim skacząc z drzewa na drzewo. Z początku chłopiec myślał tylko o tym, by nie spaść, ale później zbudził się w nim gniew. O walce nie było mowy, zaczął się zatem zastanawiać, jak wybrnąć z sytuacji. Małpy były tak szybkie, że chłopiec wiedział, iż niedługo zarówno niedźwiedź, jak i pantera, zostaną daleko w tyle. W pewnej chwili Mauli dostrzegł sępa Chila, szukającego żeru. Kiedy sęp zauważył, że małpy coś niosą, zniżył lot, a wówczas chłopiec poprosił go, by zaniósł wieści o jego losie seoneńskim przyjaciołom, staremu Balu i Bagerze, I tak się stało, sęp przekazał panterze i niedźwiedziowi wiadomość od porwanego. Przyjaciele Mauliego zastanawiali się jak mu pomóc. W końcu namówili skalnego pytona o imieniu Kaa, by wspólnie zapolowali na porywaczy. Choć wąż nie był jadowity, jego moc leżała bowiem w sile uścisku, małpy się go bały. Bagera i Balu rzucili od niechcenia, że idą na łowy, a później przypomnieli pytonowi obelgi, które rzucały w jego stronę małpy, takie jak „jaszczurka” czy „glista ziemista”. Kaa wiedział, że musi istnieć ważny powód, żeby Bagera i Balu polowały na bandar-logów, ale Balu stwierdził, że przecież jest tylko starym nauczycielem prawa w stadzie wilków. Pantera jednak wyjawiła, że małpy porwały im małego człowieka. Pyton przyznał, że Sahi doniósł mu, że wilki przyjęły do swego grona człowieka, ale nie dał temu wiary. Balu stwierdził jednak, że tym razem stary plotkarz powiedział prawdę, a chłopiec jest najmądrzejszym i najodważniejszym z ludzi, zaś on i Bagera kochają go bardzo. Pyton zgodził się pomóc w uwolnieniu chłopca, bo smutny będzie jego los, kiedy małpy się nim znudzą. W tym momencie przybył Chil, informując, że małpy uwięziły Mauliego na drugim brzegu rzeki w Mroźnych Pieczarach, w dawnej ludzkiej osadzie. Sęp nakazał nietoperzom, by ich pilnowały. Bagera życzyła Chilowi pomyślnych łowów i obiecała odwdzięczyć się przy pierwszej sposobności, po czym ruszyła z towarzyszami w stronę Mroźnych Pieczar. Niewiele zwierząt miało ochotę się tam zapuścić, choć wszyscy wiedzieli, gdzie one leżą. Zwierzęta unikają miejsc, w których przebywali ludzie, zapuszczał się tam jedynie odyniec, a bandar-logi obrały sobie to miejsce za kryjówkę. Małpy chciały, by chłopiec nauczył je wszystkiego, co sam umie, m.in. budować schronienie przed deszczem. W tym czasie Bagera i Kaa planowali atak pod osłoną nocy, Balu miał do nich dołączyć, bo mimo wszelkich wysiłków, nie był tak szybki jak oni. Małpy zapomniały już o opiekunach swojego więźnia, a zaniósłszy chłopca do opuszczonego miasta spoczęły na laurach dumne, ze swojego czynu.
Zarówno Kaa, jak i Bagera wiedzieli, że walka z całym stadem małp jest niemożliwa, bo zwykle rzucały się one całą setką na jednego przeciwnika. Kaa planował podpełznąć pod mur od zachodniej strony i rzucić się na małpy znienacka, zaś Bagera chciała pod osłoną chmur skoczyć na taras i przemknąć wśród uczestników radzących nad czymś małp. Ledwie tylko obłok przysłonił księżyc, Mauli usłyszał kroki pantery. Ta, dostawszy się na taras, nie traciła czasu na zagryzanie małp, rozbijała im tylko głowy uderzeniami łap. Jednak małpy szybko zorientowały się, że pantera jest sama i rzuciły się na nią gryząc, drapiąc i szarpiąc, a kilka małp chwyciło chłopca i strąciło go w zasypany korytarz mówiąc, że policzą się z nim później, o ile wcześniej nauczki nie da mu plemię jadowitych. Chłopiec jednak stwierdził, że są oni jednej krwi i podał hasło węży. Zaraz też rozległy się wokół niego szmery i syki, a węże kazały mu nie ruszać się, by ich nie rozdeptywał. Chłopiec stał więc niemal w bezruchu obserwując przez szparę w ścianie przebieg walk pantery z małpami. Krzyknął do niej, by zanurzyła się w zbiorniku wodnym, a ona – słysząc krzyk świadczący o tym, że Mauli żyje – zebrała resztki sił i z trudem dotarła do zbiornika. W tej samej chwili dał się słyszeć okrzyk bojowy Balu, który w końcu dotarł do osady. Pantera wyłoniła się pośrodku zbiornika i widząc zgromadzone wokół niego małpy, zaczęła wzywać Kaa. Siła pytona polegała na jego ciosie łbem. Po cichu, wymierzając odległość wkroczył do walki, a małpy rozpierzchły się przed nim na wszystkie strony. Następnie, w odezwie na okularniki tłoczące się wokół Mouliego i bojące się, że zdepcze im jaja, Kaa postanowił wyciągnąć go z pułapki, rozwalając mur. Za szóstym uderzeniem ściana drgnęła, zaś za siódmym zaczął sypać się gruz. Mauli wyskoczył spośród ruin i podbiegł do opiekunów, zarzucając Bagerze i Balu ramiona na szyję. Zaczął też użalać się nad mini stwierdzając, że o ile on jest głodny i potłuczony, to oni są cali we krwi. Opiekunowie przedstawili chłopcu również potężnego Kaa, który przesądził o zwycięstwie, zaś chłopiec stwierdził, że skoro pyton ocalił mu życie, to odtąd każda jego zdobycz będzie i jego zdobyczą, kiedy tylko Kaa będzie głodny. Na koniec Kaa wykonał taniec, którym zahipnotyzował małpy. Mauli ledwo odciągnął panterę i niedźwiedzia, którzy również ulegli magii tańca i śmiał się z dziwnego zachowania węża i z jego podbitego nosa. Bagera jednak ostro go skarciła mówiąc, żeby nie śmiał się ze zranionego nosa, bo to z jego powodu. Podobnie jak z winy Mauliego ona ma poranione uszy, podrapane boki i łapy, zaś Balu kark i plecy. Malu stwierdził, że jest niewdzięczny, nieposłuszny i żałuje z całego serca igraszek z małpami. Bagera postanowiła wymierzyć mu karę fizyczną i kilka razy go uderzyła, co dla siedmiolatka było bardzo dotkliwą karą.
Na tygrysa
Akcja tego opowiadania rozgrywa się po tym, jak Mauli po rozprawie ze stadem na Skale Rady opuścił dżunglę. Głodny chłopiec dotarł w końcu do osady ludzi. Usiadł przy bramie i czekał, aż ktoś się pojawi, a kiedy ujrzał pierwszego człowieka wstał i włożył palce do ust pokazując, że jest głodny. Człowiek patrzył na niego przez chwilę po czym rzucił się pędem do otyłego kapłana, biało ubranego hindusa z czerwono-żółtymi znamionami na czole. Po chwili kapłan wyszedł w otoczeniu przeszło setki ludzi, którzy ze zdumieniem patrzyli na dziecko. Duchowny patrząc na blizny na rękach i nogach będące śladami po wilczych zębach rozpoznał w przybyszu chłopca-wilka, uprowadzonego niegdyś do dżungli przez tygrysa. Matką tego chłopca, miała być najbogatsza kobieta we wsi – Messua. Odtąd kobieta nazywała chłopca imieniem swojego zaginionego syna: Natoo. Mauli nie dał po sobie poznać, czy zna to imię. Messua nakarmiła chłopca i stwierdziła, że będzie traktowała go jak zaginionego syna, bo bardzo jej go przypominał. Mauli czuł się jednak źle w zamkniętej przestrzeni. Gdy przyszła pora snu, zamiast spać w łóżku, wyskoczył przez okno i położył się na trawie. Mąż Messui stwierdził, że jeśli chłopiec został zesłany do nich, by zastąpić zaginionego syna, to nie ucieknie.
Zanim Mauli zasnął, przybył Brat Szary, najstarszy syn matki-wilczycy, informując chłopca, że Shere-Khan ruszył na łowy i zamierza go odnaleźć, bowiem złożył przysięgę, że zatopi jego kości w nurtach Waingangi. Mauli podziękował bratu i poprosił go, by donosił mu o wszystkim. Minęły trzy miesiące. Przez ten czas Mauli nie opuszczał wioski i cały czas poświęcał na zapoznawanie się ze zwyczajami ludzkimi. Nosił teraz na biodrach przepaskę, dowiedział się, czym są pieniądze, choć nie mógł pojąć po co istnieją i jaką mają wartość. Nie rozumiał też różnic kastowych pomiędzy ludźmi. Pomagał więc garncarzom wyciągać osła za ogon, kiedy osuwał się do dołu z gliną, albo układać garnki w stosy, kiedy udawali się na targ. Nie spodobało się to kapłanowi, bowiem garncarz jest istotą klasy najniższej, więc udzielił chłopcu nagany. Mauli odpowiedział duchownemu zuchwale, że kiedy mu się spodoba, to nawet kapłana posadzi na osła, więc mężczyzna poradził mężowi Messui, żeby znalazł chłopcu jakieś zajęcie. Odtąd Mauli miał wyprowadzać wioskowe bydło na pastwisko i pilnować je przez cały dzień, aż do zmroku.
Ponieważ zostało powierzone mu zadanie publiczne, udał się tego wieczoru na zebranie ogólne, czyli przyłączył się do ludzi gromadzących się na wykładanym kamieniami placyku. W takim klubie miejskim palono fajki i gawędzono. Stary Buldeo, strzelec wiejski, jedyny posiadacz strzelby, snuł opowieści na temat życia w dżungli, wzbudzając zachwyt zgromadzonych. Mauli reagował śmiechem na te niedorzeczności, np. o tym, że tygrys, który porwał syna Messui, był upiorem pewnego lichwiarza, zmarłego kilkanaście lat wcześniej. Dowodem miało być to, że ów Purun Das utykał, jak tygrys, na jedną nogę. Nagle Mauli stwierdził, że ta historia jest bez sensu, bo tygrys urodził się kulawy i dlatego utyka. Buldeo osłupiał na taką bezczelność i stwierdził, że skoro chłopiec jest taki mądry, to powinien ściągnąć z tygrysa skórę i zanieść do Kaniwary, gdzie dostanie 100 rupii nagrody.
We wszystkich hinduskich wsiach panuje zwyczaj, że o świcie kilkunastu pastuszków wypędza bydło z całej osady na pastwiska, gdzie spędzają dzień, a następnie wieczorem wracają do obór. Zwierzęta, które stratowałyby dorosłego, nic nie robią dzieciom, pozwalając się kopać, popychać i karcić. I tak o świcie Mauli wyruszył na grzbiecie największego byka, Ramy, na pastwisko, a za nim szły bawoły o długich nogach i dzikim spojrzeniu. Chłopiec od pierwszej chwili objął dowództwo nad pastuszkami. Rozkazał jednemu z nich, imieniem Kamja, paść zwykłe woły tuż poza wsią, poszedł sam z bawołami dalej. Doprowadziwszy stado do miejsca, gdzie Wainganga wypływała z kniei, zsiadł z Ramy i podbiegł do kępy bambusów, gdzie czekał na niego Brat Szary oznajmiając, że tygrys na niego czatował w tych stronach. A choć odszedł, bo zabrakło mi zwierzyny, to z pewnością wróci. Mauli umówił się z wilkiem, że jeśli tygrys będzie daleko, Brat Szary lub inni bracia będą czekali w takim miejscu, gdzie będzie ich widział z wrót wioski. Jeśli natomiast drapieżnik wróci, jeden z wilków ma czekać „w wąwozie, pośrodku równiny, opodal drzewa dhak”. Pewnego dnia Brat Szary zjawił się w wąwozie. Okazało się, że Shere Khan ukrywał się przez miesiąc, by uśpić czujność Mauliego. Pojawił się jednak wczoraj, razem z Tabakim. Wilk dowiedział się również, że Shere Khan zamierza czatować na Mauliego wieczorem przy samej palisadzie wsi, a tymczasem śpi w wielkim wąwozie. Bohater jednak nie siedział bezczynnie. Na pomoc przybył mu Akela wraz z innymi wilkami. Razem rozdzielili stado tak, by na jedną stronę poszły krowy i cielęta, na drugą byki i wałachy. Po jednej stronie krowy utworzyły zbity wał wokół stłoczonych pośrodku cieląt, po drugiej stronie były byki, byczki i wałachy, które choć wyglądały groźnie, były łatwiejsze do sterowania, bo nie miały kogo bronić. Krowy zapędzono do wąwozu, zaś Akela popędził byki do dżungli. Plan chłopca był prosty – zatoczył wielkie koło i dotarł do północnego wylotu wąwozu, chwytając tygrysa w pułapkę pomiędzy krowy i byki. Wiedział, że objedzony i opity tygrys nie będzie w stanie walczyć ani wspiąć się na strome zbocza. Ostatecznie bawoły pod wodzą Ramy, na którym siedział Mauli, startowały Shere Khana.
Chłopie zdzierał właśnie skórę z martwego drapieżnika, gdy zjawił się Buldeo ze strzelbą na ramieniu i chciał odebrać chłopcu zdobycz, bowiem za skórę kulawego tygrysa wyznaczono 100 rupii nagrody. Stwierdził, że chłopiec nie zostanie ukarany za rozpuszczenie stada i nawet dostanie od niego rupię, ale Mauli kazał iść mu precz. Ten obruszył się, że chłopiec tak traktuje wodza wioskowych strzelców, ale zainterweniował Akela, który skoczył na mężczyznę unieruchamiając go, a w tym czasie Mauli spokojnie oprawiał dalej skórę z tygrysa, Ostatecznie Mauli pozwolił mężczyźnie odejść, ale ten po przybyciu do wioski oskarżył Mauliego o czary, mieszkańcy wioski obrzucili go kamieniami nazywając wilkołakiem i każąc wynosić mu się z wioski. Mauli zdziwił się, że znów ma się wynosić. Wcześniej wygnano go od wilków dlatego, że był człowiekiem, a teraz ludzie przepędzają go dlatego, że jest wilkiem. Stwierdził więc, że odejdzie. Po pożegnaniu z Messuą swoją opiekunką, która nie wierzyła w to, że jest czarownikiem, chłopiec powrócił do dżungli, niosąc tygrysią skórą. Kiedy Mauli wszedł na Skałę Rady ze skórą Shere Khana, wilki okrzyknęły go wodzem. Bohater jednak nie przyjął tej funkcji stwierdził bowiem, że wilki zasmakowały już wolności bez praw i nie obędzie się bez skutków tego. On natomiast zamierzał polować samotnie. Swoje towarzystwo zaproponowały mu jednak cztery młode wilki, jego mleczni bracia. Odśpiewali pieśń, która jest znakiem, że odchodzą z watahy.
Biała foka
Akcja tego opowiadania rozgrywa się w miejscowości Nowostoczna, na północno-wschodniej krawędzi przylądka Pawłowskiego, w Cieśninie Beringa. Na wstępie narrator stwierdza, że historię tę opowiedział mu dudek polarny Limerszyn, którego uratował z gęstwiny lin okrętowych. Właściwa opowieść rozpoczyna się od opisu brunatnej, 15-letniej ogromnej foki zwanej Łowcą Morskim. Zwierzę to od zawsze toczyło walki ze swoimi współbraćmi o lepsze miejsce na wybrzeżu, w celu założenia domostwa sezonowego. Foki wciąż ze sobą walczyły, były bowiem – jak stwierdza narrator – „równie bezrozumne i kłótliwe jak ludzie”.
Małżonką Łowcy Morskiego była łagodna Foczycha. Po tym, jak mąż stoczył walkę z 45 przeciwnikiem w tym sezonie, od razu zauważyła, że Łowca Morski jest ranny. Zaproponowała mu, by żyli spokojnie na Wydrzej Wyspie, by nie podejmować tylu walk, ale foczy mąż z pogardą odrzucił jej propozycję mówiąc, że tam udają się same gołowąsy.
Wkrótce parze urodził się syn — Kotik. Młoda foka wyróżniała się białym umaszczeniem. Spędzała czas na zabawie, nauce pływania i na łowieniu ryb. Po roku Kotlik stał się gołowąsem i na znak tego zatańczył wraz z innymi młodymi fokami świetlisty taniec na skałach Lukanonu. Po skończonych tańcach młodzież udała się na ląd na tradycyjne stanowisko dla gołowąsów. Tam Kotika zobaczył dwóch ludzi o czarnych połyskliwych włosach i płaskich twarzach, pochodzących z ludu Aleuta. Kotik, który nie widział wcześniej ludzi sapnął i stanął zaciekawiony, a inne foki również patrzyły osłupiałe na przybyszów. Był to poławiacz fok, Keryk Buturyn, któremu towarzyszył syn – Pantalejmon. Przybyli właśnie z małej osady, znajdującej się niedaleko foczych legowisk i robili przegląd fok, które należy zapędzić do rzeźni, by obedrzeć je ze skór przydatnych na kaftany.
Mężczyźni bardzo się zdziwili na widok białej foki. Uznali, że to duch Zacharowa, który zginął zeszłego roku w zamieci. Byli zabobonni, więc bali się zabić tak niezwykłe stworzenie, uznali to za złą wróżbę. Za to Pantalejmon zajął się innymi fokami. Używając przyrządu zrobionego z dwu foczych kości, zaprowadził na rzeź te zwierzęta, które pod wpływem dźwięku szły jak zahipnotyzowane i nie stawiały oporu. Zaciekawiony Kotlik podążył za innymi fokami, by zobaczyć, co się dzieje. Ludzie dziwili się, że biała foka sama idzie na rzeź i bali się nawet na nią spojrzeć, a starszy mężczyzna postanowił zamówić modlitwę u kapłana. Do rzeźni było niedaleko, ale droga zajęła im około godziny. Keryk uważał, by foki się nie zgrzały, bo wówczas skóra drze się przy ściąganiu. Po pewnym czasie zjawiło się kilkunastu ludzi, z ciężkimi pałkami w rękach. Keryk wskazał im kilka zbytnio spoconych fok, a oni zaczęli je kopać ciężkimi butami, odtrącając na bok. Wówczas Keryk dał znać, by zaczynać, a ludzie rzucili się na foki i zaczęli je tłuc z całej siły pałkami po głowach. Kotlik obserwował to wszystko z przerażeniem. Z każdej foki ściągnięto skórę od głowy do płetw dolnych i ułożono je w sterty. Kotik nie mógł dłużej na to patrzeć, zawrócił i popędził u morzu. Spotkawszy kilka lwów morskich kołysał się i jęczał żałośnie, aż jeden z nich zapytał, co się stało. Kotik powiedział mu o strasznej rzeczy, na co lew stwierdził, że foki same są sobie winne, przybywając każdego roku o tej samej porze w to samo miejsce. Dodał, że ludzie nie przestaną ich zabijać, dopóki nie znajdą one nowego miejsca pobytu. Odesłał Kotika też na Wyspę Morsów, by pogadał z morsem, który może coś wiedzieć o takim miejscu. Kotik tak właśnie zrobił. Zaczepiając sędziwego morsa zapytał, czy jest na świece miejsce przydatne dla fok, gdzie nie byłoby ludzi. Początkowo mors nie był chętny, by opowiedzieć Kotlikowi o bezludnej krainie, lecz kiedy ten nazwał go ślimakojadem, dał za wygraną i poradził foce, by spytała o to krowę morską. Kotik zapytał, po czym rozpozna krowę morską, na co wtrąciła się przelatująca mewa śmieszka mówiąc, że krowa morska, to jedyna istota w oceanie, która jest jeszcze brzydsza od morsa.
Kotik zawrócił do Nowostocznej, jednak przekonał się, że nikt tak naprawdę nie jest zainteresowany poszukiwaniem bezpiecznego miejsca. Nie rozumiał go nawet ojciec, Łowca Morski, który dziwił się, że jego syn szuka bezludnej krainy i że przejmuje się rzezią współbraci. Stwierdził, że jedyne co Kotik musi robić, to się bawić, a później wyrosnąć na dzielną folę i założyć rodzinę. Kotik próbował posłuchać ojca, brał udział w tańcu świetlnym, ale niepokój i chęć odwetu na stałe zagościła w jego sercu. W końcu, wobec braku zrozumienia, wczesną jesienią Kotlik postanowił sam wyruszyć na poszukiwania krowy morskiej i bezludnej krainy. Wędrował samotnie po wszystkich zakątkach Pacyfiku, robiąc często po 300 kilometrów dziennie. Miał przy tym mnóstwo przygód, a kilka razy ledwo uszedł z życiem przed cętkowaną hają, najgorszym rodzajem rekina oraz rekinem młotem o potężnej głowie. Niestety nigdzie przy tym nie napotkał krowy morskiej, ani nie znalazł samotnej, wolnej od człowieka wyspy. Pewien stary albatros powiedział mu, że położone daleko na południu Wyspy Kerguelena są samotne i ciche i mogą nadawać się do jego celu. Ruszył tam natychmiast, jednak napotkał tyle paskudnych raf i takie burze, że ledwie uszedł z życiem. Przekonał się, że mimo złych warunków i tu żyły kiedyś foki, ale wyginęły. Kotik spędził aż pięć lat na poszukiwaniach, odpoczywając tylko co rok przez kilka miesięcy w rodzinnej Nowostocznej, gdzie każdorazowo musiał znosić drwiny otoczenia. Pewnego dnia, wracając z wysp Gougha znalazł się u przylądka Corrientes i spotkał tam gromadę fok dotkniętych trądem. Okazuje się, że i tam zjawiają się ludzie. Zrozpaczony opłynął przylądek i miał wracać do domu, kiedy spotkał starą, zgrzybiałą już fokę, bliską śmierci. Kotik nałapał jej ryb, zwierzając się przy tym ze swojej misji. Staruszka stwierdziła, że jest ostatnią z prastarego, wygasłego rodu Masafuerów. Wspomniała o proroctwie mówiącym, że z dalekiej Północy przypłynie biała foka która zaprowadzi cały foczy gatunek do miejsca, gdzie będą mogli żyć beztrosko, do Ziemi Obiecanej. Rozmowa ta napełniła go nadzieją na powodzenie misji. Kiedy Kotik wrócił do domu, rodzice namawiali go do ożenku i do tego, by osiadł na wybrzeżu, gdyż z gołowąsa wyrósł na wspaniałego mężczyznę. Kotik poprosił jednak, by rodzice zwolnili go jeszcze na rok, a i pewna samiczka zgodziła się do roku następnego odłożyć zaślubiny. Tym razem Kotik udał się w kierunku zachodnim i w końcu natrafił na ślad morskich krów, jednak nie mógł się z nimi porozumieć. Jednak kiedy krowy ruszyły gromadnie na północ, biała foka popłynęła za nimi. Postanowił więc ruszyć ich tropem. Tak oto dotarł na wybrzeże, tuż za rafą koralową, gdzie nie postała ludzka stopa. Uradowany Kotlik wrócił więc do współbraci i opowiedział im o bezpiecznej krainie. Początkowo foki nawet nie chciały go wysłuchać, wyśmiały go nie tylko gołowąsy, ale i ojciec. Doszło też do rękoczynów między Kotlikiem a jednym z młodzików. Biała foka była rozgoryczona, że przez pięć lat szukała dla współbraci bezpiecznego miejsca i pracowała dla wspólnego dobra, a nikt nie chce jej słuchać. Postanowiła więc zastosować metodę siłową i Kotik chwycił za gardło największego z samców i zaczął go dusić i gryźć, aż tamten zaczął prosić o zmiłowanie. Rzucił go zatem na bok i zabrał się za kolejnego. Ojciec patrzył na to z podziwem, aż w końcu stwierdził, że jego syn jest najdzielniejszym wojownikiem na całym wybrzeżu. Ostatecznie foki wyruszyły do Ziemi Obiecanej za Kotikiem. A kiedy następnej wiosny spotkali się wszyscy pośród oceany w miejscach zwykłych połowów, zwolennicy Kotika opowiadali takie cuda o krainie leżącej poza tunelem krów morskich, że ruszyła tam nowa grupa i odtąd Nowostoczna zaczęła pustoszeć.
Riki-Tiki-Tavi
Narrator zaczyna swoje opowiadanie słowami: „Opowieść ta ma na celu skreślić dzieje bohaterskiego boju, jaki Riki-Tiki-Tavi stoczył w łazience pewnej willi, w miejscowości Segowli. Był mu w tym pomocny ptak-krawczyk, zwany Darci oraz szczur piżmowy, zwany Szuszundrą, który ma zwyczaj prześlizgiwać się pod ścianami i unika środka podłogi pokoju. Walkę jednak stoczył on sam jeden, o własnych siłach”.
Riki-Tiki-Tavi był to ichneumon, czyli mangusta, który z postury i ogona przypominał kota, lecz głowę i zwyczaje miał raczej jak łasica. Oczy i koniec ruszającego się nieustannie nosa miał różowe. Kiedy węszył wśród traw, wydawał okrzyk bojowy: rikk-tikk-tikk-cz! Pewnego ulewnego dnia zalało jamę, w której Riki-Tiki-Tavi mieszkał z rodzicami. Biedna mangusta, prawie martwa, poruszająca jeszcze łapkami, została uniesiona z prądem do przydrożnego rowu. Zwierzątko ostatkiem sił wdrapało się na kępkę trawy w rowie i zemdlało. Kiedy Riki-Tiki-Tavi odzyskał przytomność, okazało się, że leży na ogrodowej ścieżce. Chłopiec, który znalazł, Rikkiego, zamierzał go pochować, myśląc, że nie żyje. Powstrzymała go jednak matka, która postanowiła zabrać go do domu i przywrócić do życia. W domu, potężny mężczyzna, Anglik orzekł, że ichneumon tylko zemdlał. Owinięto go zatem w watę i położono w ciepłym miejscu. Kiedy zwierzątko odzyskało przytomność, wskoczyło na ramię chłopca, Teddy'ego i dokładnie go obwąchało. Wszak hasłem tego gatunku było: szukaj, a znajdziesz, co świadczyło o jego ogromnej ciekawości. Przez resztę dnia Riki zwiedzał willę, a wieczorem zajął miejsce na poduszce obok Teddy`ego. Choć matka chłopca obawiała się, że Riki może ugryźć jej syna, mąż kobiety uspokoił ją. Uważał bowiem, że przy ichneumonie ich syn jest bezpieczny, bowiem zwierzątko jest bardzo czujne, zareaguje nawet na węża. Co więcej, Riki był dobrze wychowany, dzięki swojej matce, która uczyła go, jak się zachowywać w kontaktach z ludźmi. Riki liczył, że zostanie ichneumonem domowym, tak jak matka, która przez jakiś czas mieszkała w domu pewnego generała w Segowli. Po śniadaniu Teddy z ichneumonem poszli do ogrodu. Tam Riki usłyszał lament. To ptak-krawiec, zwany Darci, wraz z żoną siedzieli przerażeni w gnieździe, którym targał wiatr. Okazało się, że jedno z piskląt ptasiej pary wypadło dzień wcześniej z gniazda i pożarł je okrutny Nag. Nagle, ptaki schowały się głębiej do gniazda. Riku usłyszał syk. Pojawiła się kobra, czarny okularnik, Nag, długości co najmniej półtora metra od języka do końca ogona. Nag przedstawił się Rikiemu mówiąc, że wielki Brahma dał to piętno całemu jego rodowi w nagrodę za to, że jeden z przodków osłonił go niegdyś kapturem od słońca. Na Rikim nie zrobił on wrażenia, zapytał zatem Naga, czy wolno pożerać wypadłe z gniazda pisklęta. Kobra stwierdziła, że to kwestia sporna, a przecież Riki też zjada jaja. Nagle żona Darcia wrzasnęła do Rikiego, by ten obejrzał się za siebie, więc natychmiast skoczył on w górę, unikając tym samym śmierci w paszczy Naginy, małżonki Naga. Podpełzła ona z tyłu podczas kiedy mąż rozmawiał z Rikim i chciała go od razu zamordować. Teraz syczała ze złości szczególnie, że Riki wbił w nią zęby, chociaż nie dosyć głęboko i uskoczył na bok od rozwścieczonej raną Naginy. Tymczasem Nag chciał się zemścić na ptakach, ale ich gniazdo znajdowało się za wysoko. Riki-Tiki był wściekły i czuł, że oczy mu płoną purpurowym ogniem, co jest oznaką wielkiego gniewu. Tymczasem Nag i jego żona uciekli, a do Rikiego podbiegł Teddy. Chłopcu groziło śmiertelne niebezpieczeństwo, ponieważ w trawie ukrył się karait. Był to szary, mały wąż, tak samo jadowity, jak kobra, lecz o wiele bardziej niebezpieczny, bo niemal niezauważalny. Riki rzucił się na karaita, ugryzł węża w kark i uratował chłopca. Teddy zaczął wzywać rodziców, by przyszli zobaczyć, jak ichneumon walczy z wężem. Matka zaczęła krzyczeć, a ojciec chwycił laskę, jednak zanim zdołali dobiec, Riki wygrał starcie. Chciał pożreć karaita, ale przypomniał sobie, że taka uczta spowodowałaby ociężałość, a on musi być zwinny w walce z potężnym Nagiem. Rodzice chłopca podziękowali Rikiemu, on zaś był dumny, że udało mu się wygrać walkę.
W nocy do ichneumona przyszedł szczur piżmowy o imieniu Szuszundra, który ostrzegł go przed kobrą. Pod osłoną nocy Nag planował zaatakować mieszkańców willi. Riki, teraz jeszcze bardziej czujny, nagle usłyszał szelest, jakby ocieranie się skóry o mur. Stwierdził, że Nag albo jego żona weszli do łazienki przez rurę odpływową. Wślizgnął się do łazienki przylegającej do sypialni chłopca, jednak to nie tam czaiło się niebezpieczeństwo. Poszedł zatem do łazienki głównej i nasłuchiwał, dzięki czemu usłyszał, co Nag i Nagina knują. Planowali zabić wszystkich mieszkańców i zostać właścicielami ogrodu. Nag orzekł, że zaczeka w łazience z atakiem do rana, po czym twardo usnął. Riki obserwował śpiącego węża zastanawiając się, jaką strategię ataku obrać. Postanowił rzucić się na łeb i tak zrobił, ale chociaż wbijał mocno zęby, to kobra wierzgała straszliwie, miotając Rikim na wszystkie strony. W ostatniej chwili pomógł mu pan domu, który obudzony hałasem, zastrzelił kobrę. Ogrodnik wyrzucił ciało kobry na śmietnik, a zrozpaczona Nagina postanowiła pomścić śmierć męża.
Na początku Riki postanowił pozbyć się wężowych jaj, umieszczonych na grządkach melonowych pod murem. Poprosił Darciego, by ten pomógł mu, odwracając uwagę wężowej żony. Jednak Darci uważał, że jaj nie należy niszczyć, więc ostatecznie Rikiemu pomogła żona ptaka, wiedząc, że z tych jaj wylęgną się małe okularniki. Darcina podleciała do Naginy i zaczęła piszczeć żałośnie udając, że ma uszkodzone skrzydło przez Teddy`ego, który rzekomo rzucił w nią kamieniem. Nagina stwierdziła, że nic ją to nie obchodzi, ale w sekrecie wyznała Darcinie, że chce zabić chłopca. W tym czasie ichneumon pozbył się prawie wszystkich jajek, których było 25 sztuk Kiedy zostały mu trzy ostatnie jaja, nadleciała Darcina, wołając, że Nagina chce zabić mieszkańców willi. Riki zniszczył jeszcze dwa wężowe jaja, a trzecie wziął w pysk. Wbiegł do domu i zobaczył, że cała rodzina siedziała skamieniała ze strachu przed Nagainą, leżącą na macie obok obnażonej nogi chłopca. Kobra zaczęła mówić do Rikiego, że zrobi porządek także z nim, ale ten stwierdził, żeby lepiej obejrzała swoje jaja pod murem. Kobra uczyniła pół obrotu i ujrzał leżące na schodach jajko. Nagina wrzasnęła do Rikiego, żeby je oddał, ale ten chwycił je w łapki i stwierdził, że nie odda go za darmo. Nagina, zapominając o chłopcu, zwróciła się ku jaju, a w tym czasie ojciec przeniósł Teddy`ego tak, by nie mogła go dosięgnąć Nagina. Riki zaczął się natrząsać z kobry mówiąc, że chłopiec jest ocalony, a jej męża w łazience zabił tak naprawdę on. Kobra próbowała przekonać bohatera, że jeśli odda jej jajo, odejdzie i nigdy nie wróci. Ichneumon wybrał walkę. Nagina wykorzystała jego nieuwagę, porwała jajo i ruszyła w stronę ogrodu. Dzięki wsparciu ptasiego małżeństwa, Rikki, ostatecznie zabił kobrę, podążając za nią do jej nory. Ptak ogłosił radosną nowinę światu. Rikki po uratowaniu gospodarzom życia mieszkał sobie spokojnie u ich boku pilnując ogrodu i dbając o bezpieczeństwo.
Tumai, przyjaciel słoni
Słoń Kala Nag, czyli Czarny Wąż od 47 lat pełnił służbę w Indyjskim Rządzie, a w chwili schwytania miał 20 lat. Matka, schwytana tak samo, jak on, stwierdziła, że najgorszą rzeczą dla słonia jest, kiedy ogarnia go strach. Słoń przekonał się o tym zresztą, kiedy cofnął się raptownie słysząc wybuchający granat, i znajdujące się za nim szeregi piechoty pokłuły mu bagnetami pośladki. Pamiętał nieustannie o słowach matki, dlatego jeszcze zanim ukończył 25 rok życia, był uznawany za nieustraszonego słonia, a rząd otoczył go troskliwą opieką. Przez kolejne lata służby Kala Nag pomagał w czasie przewozu armat, w Magdali widział zaszczyt widzieć nieboszczyka cesarza Teodora, a w końcu wrócił zasługując na medal walecznych za wojnę abisyńską. 10 lat później miejscowości Muszyd w warsztatach ciesielskich układał w stosy wielkie kloce drzew, później użyto go do dźwigania budulca, a następnie pomagał przy chwytaniu dzikich słoni w górach Garo.
Od trzech pokoleń mężczyźni w rodzie Tumaj zajmowali się polowaniem na słonie – ojciec Grubego Tumaja, Czarny Tumaj, sam Gruby Tumaj, a wkrótce również jego syn – dziesięcioletni Mały Tumaj. Chłopiec ten, zgodnie z tradycją, miał w przyszłości zająć miejsce na grzbiecie słonia. Chłopiec chwalił się, że Kala Nag się go boi. Rzeczywiście, zwierzę go słuchało, Kala Nagowi nigdy nie przyszło do głowy opierać się jego rozkazom. Mały Tumaj fascynował się słoniami i władzą, jaką kiedyś będzie nad nimi miał stwierdzając, że kiedy słoń przestanie pracować kupi go wielki radża, zaś chłopiec pójdzie z nimi. Ojciec ostudził jednak entuzjazm chłopca mówiąc, że jest głupi i nie ma nic przyjemnego w uganianiu się po górach z rozkazu rządu. Mały Tumaj nie zrażał się jednak. W czasie jednego z polowań, bez wiedzy i zgody starszych przeskoczył ogrodzenie, wbiegł między dzikie słonie, a następnie podał poganiaczowi koniec sznura, którym ten wcześniej nie mógł słonia spętać. Zobaczył go Kala Nag, który owinąwszy trąbą chłopca podał go ojcu, ten zaś wymierzył mu kilka klapsów. Bał się, że dostrzeżono umiejętności syna i odtąd będzie on łowcą sypiając byle gdzie po to, by ostatecznie zadeptały go słonie,
Tymczasem wieści o wyczynie Małego Tumaja dotarły aż do sahiba Petersena. Był to naczelnik, który odpowiadał za polowania na dzikie słonie. Pracownicy opowiedzieli mu o dziesięcioletnim śmiałku, który marnuje się na pastwisku, a ma prawdziwy talent i mógłby zostać poganiaczem. Kiedy Petersen przyjechał wypłacić uczestniczącym w polowaniu należności, podarował Małemu Tumajowi cztery anny na cukierki i zachęcił, by przyszedł do niego, kiedy zobaczy taniec słoni. W żargonie myśliwskim znaczyło to, że ma nie wracać. W drodze powrotnej pewien naganiacz, Assamczyk, ostrzegł chłopca, że dziś w nocy będzie bal słoni. Gruby Tumaj stwierdził, że od trzech pokoleń jego rodzina służy przy słoniach, a nigdy nie słyszał, żeby tańczyły i że Assamczyk opowiada duby smalone. Assamczyk stwierdził jednak, żeby spróbował tej nocy nie pętać słoni, a przekona się, że mówi prawdę, bo sam widział miejsce, gdzie tańczyć mają słonie. W końcu wyprawa dotarła do prymitywnego obozowiska, przeznaczonego dla świeżo schwytanych zwierząt. Przywiązano słonie do pali, zaciągnięto łańcuchy obejmujące tylne nogi i zgromadzono przed słoniami paszę. Potem kornacy górale ruszyli z powrotem do sahiba Petersena.
Mały Tumaj przypilnował, by Kala Nag miał wystarczającą ilość jedzenia, a później ułożył się do snu obok słonia i zasnął. Wkrótce również Słonie zaczęły kłaść się jeden po drugim i wkrótce został tylko Czarny Wąż, kołysząc się rytmicznie z jednej nogi na drugą. Nagle Mały Tumaj obudził się w blasku księżyca. Przeciągnął się i spojrzał – Kala Nag stał ciągle z nadstawionymi wachlarzami uszu i czekał na coś. Wtem wszystkie zwierzęta zerwały się na nogi, a przebudzeni nagle kornacy wzięli się do wbijania wielkich pali, obawiali się bowiem, że słonie mogą wyrwać je z ziemi. Potem umacniali powrozy i zaciskali węzły, aż wreszcie wrócił spokój.
Jedno ze schwytanych zwierząt wyrwało niemal całkiem pal, więc Gruby Tumaj użył do skrępowania go łańcucha zdjętego z nogi Kala Naga, zaś jemu założył na kostkę powrósło skręcone z sitowia mówiąc do słonia, że jest mocno przywiązany. Zanim mężczyzna wrócił do namiotu polecił jeszcze synowi, by ten uważał na Kal Naga, bo ten jest bardzo niespokojny. Chłopiec miał już zasnąć, kiedy obudził go trzask kruszącego się powrósła. Zobaczył, że Kal Nag oddala się cicho od pala. Zerwał się zatem i podbiegłszy do słonia zaczął go prosić, by ten zabrał go ze sobą. Słoń wsadził sobie chłopca na grzbiet i ruszył pędem do lasu. Dotarł tam, gdzie wołali go bracia. Na polanie zgromadziły się tłumnie zwierzęta. Nagle któryś ze słoni zatrąbił donośnie, a wszystkie inne zawtórowały mu chórem, później trąbiły i waliły o ziemię nogami. Wśród nich była Pudmini, słonica-uciekinierka, która należała do Petersona i była jego ulubienicą oraz słoń ze świeżymi pręgami od powrozów. Nagle wszystkie słonie zniknęły, została tylko wspomniana trójka. Chłopiec poprosił Kala Naga, by szedł razem z Pudmini do obozu sahiba Petersona, bo on jest tak zmęczony, że zaraz spadnie z grzbietu. Obcy słoń spojrzał na odchodzących, odwrócił się i poszedł w inną stronę. Był on prawdopodobnie własnością któregoś z mniej znacznych władców i przebył co najmniej sto mil drogi. Dwie godziny później gdy sahib Petersen siedział przy śniadaniu, słonie skrępowane na noc łańcuchami zaczęły trąbić, zapowiadając przybycie Pudmini wraz z Kala Nagiem i półprzytomnym chłopcem na jego grzbiecie. Mały Tumaj zdołał jednak powiadomić sahba, że widział taniec słoni, po czym zemdlał. Kiedy doszedł do siebie, opowiedział o wszystkim Petersenowi. Mężczyzna odnalazł polanę, na której gromadziły się dzikie słonie. Odwaga chłopca sprawiła, że mały Tumaj został pasowany na wolnego, wtajemniczonego we wszystko myśliwego dżungli Garo. Ochrzczono go też nowym imieniem — Tumai, Przyjaciel Słoni.
W służbie królowej
Lało od miesiąca, więc obóz liczący 30 tysięcy ludzi oraz tysiące wielbłądów, słoni, koni, wołów i mułów skoncentrowanych w Rawalpindi, gdzie miał się odbyć przegląd wojsk przed wicekrólem Indii, tonął w deszczu
Do wicekróla przybył w odwiedziny emir Afganistanu wraz ze swoimi ośmiuset konnymi gwardzistami. Panował ogromny chaos. Kiedy zapadła noc, jeden z woskowych obudził narratora. Okazało się, że spłoszone wielbłądy tratują namioty. I rzeczywiście, kiedy narrator wyszedł, narzuciwszy gumowy płaszcz i zabrawszy swojego foxteriera o imieniu Vixen, namiot zaczął się pochylać, bowiem wielbłąd wyłamywał drąg, a na dodatek zaplątał się w liny i płótno. Narrator wydostał się poza obóz i dostał się do miejsca, gdzie stacjonuje artyleria. Wyszukał kilka sporych drążków i używając płaszcza zrobił prowizoryczny namiot. Potem wyciągnął się na lawecie i zaczął zastanawiać się, gdzie w międzyczasie zgubił się jego pies. Kiedy już zasypiał, doszły go odgłosy zwierząt przechodzących tuż obok niego i pobrzękujących uprzężą. Ponieważ narrator już dawno nauczył się języka zwierząt, był w stanie zrozumieć, o czym rozmawiają. Mówili o namiocie, który wielbłąd zniszczył. Muł zbeształ za to wielbłąda. Do rozmowy dołączył koń kawaleryjski i dwa woły artyleryjskie. Zwierzęta zaczęły wspominać chwilę, w której znalazły się na służbie u ludzi. Rozprawiali także o lęku, który dopada niektóre osobniki, gdy zapada zmrok. Każde zwierzę uważało, że jego rola w wojsku jest ważniejsza niż innych. Doszło do kłótni pomiędzy koniem o imieniu Billy a mułem. Sprzeczkę przerwał im słoń, zwany Dwuogoniastym. Zwierzę chciało opowiedzieć o tym, że pozostali mają więcej odwagi, niż im się wydaje i jak bardzo on sam boi się ognia armatniego na polu bitwy. Stwierdził, że kapitan jego baterii nadał mu miano: anachronismus pachydermatus, czyli mniej więcej ni pies ni wydra, coś na kształt świdra, bowiem słoń zna dokładnie pojęcie konsekwencji i wie, co może nastąpić np. po wybuchu pocisku. Słoń nie znalazł jednak zrozumienia wśród swoich towarzyszy. Zaczął więc trąbić, by wywołać w nich strach. Sam słoń bał się, oprócz wystrzałów, szczekania foksteriera Vixena, który należał do narratora. Każde zwierzę bało się czegoś innego, ale musiało wykonywać polecenia ludzi. Następnego dnia koń przypomniał sobie o foksterierze, którego od pewnego czasu nie widziano. Pies jednak wrócił i towarzyszył swojemu panu, białemu mężczyźnie, który był jednocześnie narratorem opowiadania. Woły, widząc to, zaczęły uciekać w panice. Wiedziały bowiem, że stanowią pożywienie zarówno dla psów, jak i dla ludzi. Pozostałe zwierzęta również się rozeszły.
Następnego dnia koło południa odbył się wielki przegląd wojsk. Vixen i narrator zajmowali stanowisko niedaleko wicekróla i emira Afganistanu. Wśród trzydziestu tysięcy uczestników parady, narrator spostrzegł zwierzęta, których rozmowy był świadkiem. Z kolei jeden z przybyłych z emirem wodzów, stary siwy mężczyzna podziwiający paradę, nie mógł się nadziwić, że ludzie i zwierzęta są tak zgrani. Oficer angielski wyjaśnił mu, że wydano rozkazy i spełniono je, czyli wszystko opiera się na hierarchii i posłuszeństwie: zwierzęta słuchają rozkazów przewodników, przewodnik sierżanta, sierżant porucznika, porucznik kapitana i tak dalej, aż do wicekróla, który jest sługą cesarzowej Indii. Wódz azjatycki stwierdził, że inaczej jest w Afganistanie, bowiem tam każdy realizuje tylko własną wolę. Oficer stwierdził, że to dlatego ich emir, którego nie chcą słuchać, przybywa po rozkazy do ich wicekróla.
Pamiętaj, że streszczenie to tylko forma powtórki. Zachęcam do lektury książki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz